czwartek, 22 sierpnia 2013

Poznaj równanie nieśmiertelności.

Wracam do domu z Gdańska, zmęczona i chcąca tylko spać, a już w samochodzie słyszę komunikat mamy: 'tata przyniósł filmy z pracy, musisz z nami jeden obejrzeć, naprawdę dobry'. Co myślę? Załamka. Filmy, które mój tata przywozi z pracy są zazwyczaj tak emocjonujące jak obieranie ziemniaków. Jakoś udało mi się odwlekać moment oglądania, ale wczoraj wieczorem znów usłyszałam to samo i nie czekając na moja odpowiedź mama włączyła mi film. 'Obejrzyj monika, naprawdę dobry'. No ok, wytrzymam dwie godziny mimo tego, że film polski.
Właśnie skończyłam oglądać go drugi raz i po raz kolejny miałam ciarki, kiedy się kończył. Mój apel do was wszystkich - O B E J R Z Y J C I E

I jak chcecie sobie go obejrzeć bez relacji o czym jest i jak się kończy to odpuśćcie sobie czytanie reszty. Moja siostra ma manie na temat tolerancji do tego stopnia, że kiedyś pokłóciła się o to ze znajomymi moich rodziców do tego stopnia, że nieźle wkurzeni pojechali do domu. Nie żebym nie podzielała jej zdania, ale równie wielką manie, co ona do tolerancji, mam na inny temat.


Wyobraź sobie, że masz moc decydowania o ludzkim życiu. - 'sęp'
Porywają seryjnych morderców. Nie wiadomo kto i nie wiadomo po co. Po prostu w pewnym momencie dzieje się coś, jakaś zawiła akcja i kolejny kryminalista znika bez śladu. Policja znajduje ich w różnych sytuacjach, a wszystkie zguby łączy jedno - są martwe. Szczególnie świetną akcją było znalezienie spalonego faceta z kartką z napisem 'spaliłem się ze wstydu'. Ale do rzeczy. Tytułowy sęp (Olek) rozwiązuje zagadkę, której nie mógł rozwiązać nikt inny przez ostatnich 6 lat. Kilka osób, bardzo wysoko postawionych (lekarz, jakaś szycha z policji, byli wojskowi) na własną rękę wymierzają sprawiedliwość. Życie za życie, bo życie równa się życie. Współpracując z agencją zajmującą się przeszczepami, porywają morderców, wycinają im organy i - kolejno - morderców zabijają, a ich organy trafiają do chorych, którym ratują życie. Ok, to już wiecie co jest moją manią. Było dla mnie czymś niesamowitym, że ktoś to w ogóle wymyślił. I to bez różnicy, że to tylko film, ale zdałam sobie sprawę jak logicznym i naprawdę sprawiedliwym rozwiązaniem jest to, co ci ludzie mi pokazali w dwugodzinnym filmie, który z miejsca stał się moim ulubionym. Ogólnie jestem sto razy na TAK, jeśli chodzi o przeszczepianie organów. A propos, zamierzam sobie wyrobić tą kartę, która pozwala na przeszczep po śmierci. To dla mnie najlepsze, co człowiek może zrobić. Ratować życie innych nawet po własnej śmierci. Jestem strasznie wyczulona na krzywdę innych, szczególnie dzieci. Najchętniej wysłałabym wszystkie moje ciuchy do afryki, żeby ubrać te biedne dzieci i zadbała o chociaż jeden porządny posiłek dla nich w ciągu dnia. Tracę hajs z konta na wysyłanie sms na te maluszki z tvn za każdym razem kiedy widzę reklamę, w której jakieś dziecko mówi do mnie 'warto pomagać' i uśmiecha się, chociaż świat nie daje mu powodów do tego uśmiechu już od początku życia. Może to nie na temat jeśli chodzi o przeszczepy, ale w tym filmie jest też wątek takiego słodziaka Miłosza. Chłopiec ma jakieś 12 lat i z cudem przeżył katastrofę jaka spotkała jego rodzinę, ale za to też zapłacił. Jego serce jest tak zniszczone, że może umrzeć w zasadzie w każdej chwili, a na domiar złego jego grupa krwi jest tą najrzadziej spotykaną. Okazuje się, że Olek jest jego bliźniakiem genetycznym. Oddaje krew na przeszczep małego i razem cieszą się jego urodzinami. Miałam łzy w oczach, kiedy on i Natasza (która również miała przeszczep serca) śpiewali Miłoszowi w jego urodziny 'sto lat', a on powiedział z uśmiechem 'zgodziłbym się nawet na rok'. Jak już poruszyłam kwestię Nataszy to warto dodać, że jej przeszczepione serce należało kiedyś do jednego z tych porwanych morderców. Oczywiście całe to 'porywanie i wymierzanie sprawiedliwości' jest ściśle tajne, więc dziewczyna jest święcie przekonana, że dawcą była studentka, która zginęła w wypadku. Najbardziej poruszający jest jednak koniec. Nie mogłam pojąć jakiegoś rodzaju odwagi, którym kierował się Olek, kiedy zabił się tylko po to, żeby mały Miłosz mógł przeżyć.
Zróbcie coś dla mnie i jeśli tego nie rozumiecie postawcie się na miejscu tych chorych osób, które może uratować przeszczep. Dla mnie, nie wiem nawet dlaczego, jest czymś normalnym odruch ratowania ludzkiego życia jeśli tylko jest to możliwe. Ludzie żyją tylko z jedną nerką, bo chcą ratować syna, córkę, żonę czy kogokolwiek innego. Godzą się na wycięcie kawałka siebie, żeby inna osoba mogła żyć. A co, jeśli jakiejś ofiary wypadku nie da się już uratować? Kiedy umiera na stole operacyjnym i tylko poprzez zgodę na pobranie organów może uratować życie innego człowieka? To niesamowicie budujące, nie dla samej uratowanej osoby, ale też dla jego rodziny. A przykład z tego filmu? Możecie się ze mną nie zgadzać, być temu przeciwni, ale nawet ja, mając (może t y l k o) 18 lat wiem, że ktoś, kogo nawet nie potrafię nazwać człowiekiem zabija kogoś bez względu na okoliczności i powód, a potem dostaję karę 'dożywocia' to nie jest to w żadnym przypadku dobre rozwiązanie. Bo czy to jest ok, że dopuścił się czegoś, do czego nikt nie ma najmniejszego prawa i resztę życia ma spędzić w celi, z innymi ludźmi, jedząc czasem lepsze posiłki niż dzieci w szkole, oglądając telewizję, chodzić na spacery i żyć w warunkach lepszych niż ludzie bez domu, pracy? Tak, zimna suka ze mnie, jestem za karą śmierci. I, nie odbiegając od tematu, za pobieraniem od tych szmaciarzy organów, żeby normalni ludzie mogli żyć.
Nie wiem skąd się to u mnie wzięło, ale to nie obejrzenie tego filmu zapoczątkowało mój światopogląd na ten konkretny temat. Film tylko poszerzył spojrzenie na rozwiązanie tego problemu, który może w przyszłości dotyczyć też mnie.

ż y c i e = ż y c i e 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

oczyma studenta - CZEŚĆ GDAŃSK

Siema wam po tygodniu jakże wakacyjnego wypoczynku w Gdańsku. 




Chyba warto dodać, że 'wakacyjny' jest w tym przypadku synonimem słowa 'studencki', a studencji wypoczynek wcale nie jest taki zły. No oczywiście jeśli przymknie się oko na niektóre niedogodności. Zatkał się zlew (ale trzeba poczekać to się odetka), zero telewizora i internetu (ale są krzyżówki, więc będziemy rozwiązywać na czas i kto przegra to zmywa - w łazience zmywa no bo zlew przecież zatkany), trzy torby śmieci przy szafce w kuchni, ale nikt ich nie wyniesie, bo po co. Ogólnie w domu działał tylko wiatrak, którym Krzysiek potrafił chwalić się nawet w środku nocy, kiedy to wbijał nam do pokoju i go włączał chociaż wcale nie było gorąco.
Cudownym aspektem życia studenta okazało się też jedzenie! Ogólnie rzecz biorąc ciągle na stanie były tosty (dzięki kolego Krzyśka za ten zbawczy toster) i płatki z mlekiem. Sądzę, że miłą odmianą były dla Krzyśka zupki chińskie, makaron z mlekiem albo sosem, co sprytnie nazwałyśmy spagetti, pizza i pulpety (jprld, nigdy więcej, ale lepsze to niż tosty - ZNÓW). Przy okazji dowiedziałam się, że wydanie 14 zł na patelnie to bardzo dużo, bo tak to lajtowo, a jak kupisz patelnie to już trzeba kupić olej, jakieś jajka, coś żeby usmażyć i takie tam (Krzysiek mistrz na ten temat może opowiadać bardzo długo i treściwie). No i oczywiście umarłybyśmy z głodu gdyby nie mac.
TAK! Po pierwszym dniu same w gąszczu autobusów i tramwajów potrafiłyśmy trafić do maca na hamburgera, cole i (czasami) mcflurra. Kwestia tych autobusów i tramwajów też jest niezła - za 3 zł jeździsz ile wlezie czym sobie chcesz 24h. Wada jest taka, że strasznie szybko się to nudzi, kiedy do centrum miasta jedzie się jakieś 20 minut, a jeździ się tam średnio ze 3 razy dziennie. Aśce przeszła choroba lokomocyjna, ja znienawidziłam wszystko co ma koła.

Z tym wiąże się też inna historia, do której przeżycia zmusili nas rodzice. Aśki tata, który chciał zdjęcia starówki i mój, który kazał nam znaleźć neptuna. Niby wszystko ok, gdyby nie to, że będąc tam pierwszy raz - zgubiłyśmy się między tymi uliczkami. Godzina bezsensownego chodzenia, aż w końcu znalazłyśmy jakąś mapkę, a ja stwierdziłam, że fakultet z geo do czegoś zobowiązuje i jakimś cudem nas stamtąd wyprowadziłam. Wracając do domu wbiłyśmy na pętle (łostowice świętokrzyska rządzi!) i wsiadłyśmy do autobusu, którym wróciłyśmy na starówkę. Przypadkiem oczywiście. Miałyśmy obie ochotę płakać, za to Krzysiek nieźle się bawił, kiedy przez telefon tłumaczył nam jak wrócić serio do domu. Kolejne pół godziny jazdy na pętle i stamtąd - po raz kolejny tego dnia jakimś cudem - do domu. Zdjęć nie było, neptun nie został odnaleziony. To znaczyło, że musimy tam wrócić. Niechętnie, ale po raz kolejny odwiedziłyśmy starówkę. Tym razem robiąc zdjęcia wszystkim budynkom ze starej cegły, zapamiętując drogę i odnajdując neptuna! Cel osiągnięty. Przy tym jeszcze oglądałyśmy jak hardcorowi ludzie skaczą na bungie, tysiąc razy przestraszyłyśmy się kolejno - kozła, faceta z krzyku, faceta który najpierw był posągiem a potem zaczął się ruszać i 'markiza', który był tak miły że zrobił nam zdjęcie, a ja do dziś się go boję, bo chociaż był całkiem przystojny to przy tym przerażający i miał dziwny akcent.



ozdoby lodówki pierwsza klasa!
Ogólnie Krzysiek okazał się świetnym bratem, aczkolwiek wkurzającym ile wlezie. Zaczynając od dzwonienia co 5 minut (macie bilety?, nie zgubiłyście się?, gdzie jesteście?, wiecie gdzie wysiąść?, sprawdzić wam coś?) przez śpiewanie w domu na pół bloku i pieprzenie głupot aż do zamykania się wzajemnie na balkonie i krzyczenie z okna "YOU WILL NEVER GET OUT OF THIS PLACE'. Przy tym jadł tonami neoangin, bo bolało go gardło i dziwił się, że czuje się jak na fazie. Aczkolwiek czasem to było naprawde zabawne, jak po raz tysięczny tłumaczył nam, że zmyje naczynia, ale muszą do jutra leżeć w zlewie żeby odmokły, albo że nie opracował strategii na granie w kamieńpapiernożyce, albo jak na każde 'co' odpowiadał gówno (tutaj akurat z wzajemnością) albo jak czymś normalnym stały się nasze określenia względem siebie. Tutaj zaznaczę, że jego dałniaki nie były takie złe w porównaniu do tego jak cudnie mówiłyśmy na niego my. Ogólnie z tego miejsca, mimo wszystko i po raz kolejny - SYSIEK WIELKIE DZIĘKI ZA TEN TYDZIEŃ!






Pogoda wcale nie była taka jak sobie zaklepałyśmy, ale nie było aż tak źle, żeby nie iść na plażę i się nie kąpać. Woda zimna, no ale musiałyśmy. Poza tym całkiem ok chłopcy, heheheheheheh. Zresztą tam wszędzie są ok chłopcy, więc jak kiedyś będziecie chciały (albo chcieli) przekonać się, że dobrze ubrane ciacha z bmx'em albo deską nie istnieją tylko na zdjęciach na loveit.pl to zapraszam do Gdańska. Dobrym przykładem na to, że jest ich całkiem sporo jest to, że budzimy się w środku nocy i przez okno oglądamy jak na ulicy jeżdżą na deskach <serduszka>. Naprawdę, oh god, jest ich tam na pęczki. W S Z Ę D Z I E.
Więc sumując - pro było w Gdańsku, nawet żyjąc jak prawdziwy student, a co!

czwartek, 8 sierpnia 2013

po raz tysięczny - cześć

Trzydziesty lipca wyszedł dość lipnie i ku zdziwieniu Mateusza szybko stąd zniknął, tylko po to żebym za kilka dni znów poczuła przypływ nudy i chęci na nicnierobieniebogorąco i ogarnęła wam buntowników. Plus, jestem zmęczona po dzisiejszym ataku małej szarańczy. Nie ma to jak wykąpać się rano i wyjść na podwórko bez psychicznego przygotowania na trzy małe słodzinki w średnim wieku 3,5 roku, które z prawie bojowym okrzykiem 'ciocia monika, ciocia monika!' rzuciły się na mnie tak, że prawie się wywróciłam, a potem każdą po kolei musiałam nosić na rękach (butami ubrusziły mi całe spodenki, dół bluzki i nogi), bo przecież strasznie za mną tęskniły. Mój pies stanowczo przestał je lubić po 3 minutach od ich poznania, kiedy to jedna z nich trzymała go żeby nie uciekł a druga karmiła go kocią karmą, warto chyba wspomnieć, że karmiła go łyżeczką.
Do poniedziałku muszę ogarnąć mój kurs. Wszystko byłoby mega super, gdyby nie to, że po ostatnim formacie nie mam na kompie testów. Jedyną rzeczą jaka powstrzymuje mnie przed zabiciem Kacpra jest więzienie. No ale, cwana ja, znalazłam na necie kilka stron z pytaniami, mam nadzieję, że dam radę. Poza zdaniem tego za pierwszym razem motywuje mnie jeszcze Aśka, która stwierdziła, że jak zawale to wyrwie mi nogi z dupy i mogę pożegnać się z gdańskiem. No więc wielki szacun, zakuwam w wakacje.




Aśka przekonuje młodychpięknychniewyspanych do czytania erotycznych książek i tolerancji, a my będziemy buntować się przeciw nieczytaniu erotycznych książek, przeciw nietolerancji i tysiącu innych rzeczy.
KTO NAM ZABRONI, A CO.