piątek, 13 września 2013

cud malina na niemieckim

Od prawie już trzech lat usilnie staram się zrozumieć choćby najkrótsze zdanie tego języka. Bez powodzenia. Mówią, że hipokryzja, że sama wybrałam, że mogłam wziąć rosyjski bo miałam w gim. No, mogłam. Tyle że mój rosyjski wyglądał tak, że nie znam wszystkich liter i skończyłam z 5 na świadectwie, jasne? No to wzięłam niemiecki. Kurde, kto by się spodziewał, że trafię akurat na nauczycielkę, której perypetie lekcyjne wywołują u mnie odruch wymiotny? No ale może zacznijmy od początku.
Jak mi Krzysiek powiedział, że jest w szkole nauczycielka od niemca, która pije w szkole alko z kubka od herbaty albo kartonu po mleku, nie byłam w stanie w to uwierzyć. Poszłam do szkoły, poszłam na niemiecki, okazało się że to nie była tylko legenda. Bieganie co 10 minut na zaplecze i wychodzenie na każdej lekcji 'coś skserować' - przypadek? nie sądzę. Warto dodać, że pani wychodząc jasno zaznacza, że IDZIE COŚ SKSEROWAĆ i że WRÓCI ZA 5 MINUT, a fakt jest taki, że nie bierze ze sobą niczego co mogłaby skserować i wraca również bez żadnych papierów, które mogłyby tymi kserówkami być. A, no i wraca nie po 5, ale ok 15 minutach. Poza tym często przynosi ze sobą karton z maślanką. Ciekawi mnie skąd go wtedy bierze. No bo co, z punktu ksero? Przypadkiem również nie jest to, że idąc korytarzem patrzy pod nogi i stara się iść zgodnie z równo ułożonymi płytkami i nigdy przy tym nie odpowiada na 'dzień dobry'. Fascynujące są dla mnie jej przeprawy na schodach, kiedy to jeśli nie trzyma się poręczy idzie cała szerokością, bo miota nią jak szatan.
Sprawą w miarę klarowną jest w tej sytuacji to, że nasza nauka niemieckiego nie wygląda tak, jak wszyscy w szkole myślą. Bądźmy szczerzy - jak można zrozumieć coś, czego nikt nie jest w stanie ci wytłumaczyć? Albo inaczej - kiedy ktoś usilnie stara ci się to wytłumaczyć, ale impreza alkoholowa w głowie mu na to nie pozwala?
A to tylko jeden czynnik przekładający się na te nasze pro oceny. Książki, jakie zaklepała nam pani (chyba też po niezłej bibie) są cu dow ne. Przykład? W zeszłym roku naszą pracą domową było opisanie jakiegoś tam pokoju. Przykładem było 'NA ścianie wisi plakat, OBOK łóżka stoi szafa, NAD biurkiem jest tablica'. Moje odrabianie lekcji wygląda mniej więcej tak, no ale google tłumacz i jakoś poszło. No dobra, ale co w tym dziwnego, nie? Otóż to, że idąc na następną lekcję (z odrobioną pracą domową) pani kazała nam otworzyć książki na x stronie i co widzę? NAUKA PRZYIMKÓW. Świetnie, pięknie, jestem pod wrażeniem. Masz rację, najpierw zadaj nam prace domową, w której chodzi głównie o przyimki a potem nas ich ucz - fuckin logic.
Ogólnie na niemieckim zawsze strasznie mi się nudzi. Dziennik muszę nosić, bo mam taki obowiązek, więc na każdej lekcji mam jakieś 5 minut z głowy, bo zawsze jak idę go zanieść to idę na zdjęcia. Swoją drogą jest ich już sporo. Tylko tych zdjęć mi przez niemiecki przybywa, bo raczej nie wiedzy.

taka jestem kreatywna


wtorek, 10 września 2013

szlachta się bawi na salonach

Ogólnie rzecz ujmując - nie minął jeszcze nawet tydzień szkoły, a nasza kozacka pani zorganizowała nam wycieczkę. Cel iście edukacyjny - pod chwytliwą nazwą 'SALON MATURZYSTÓW' ukryta politechnika białostocka. Gdyby nie to, że siedziałam wczoraj do chyba 1 przy zadaniach, a dziś przed 6 musiałam wstać to byłoby w ogóle proelo, bo przynajmniej bym się wyspała i nie muliła w autobusie. Na szczęście tyły znów nasze, ja i Jolka miszcze <cwaniak2>, a grupa, która na potrzeby bloga zostanie określona jakże młodzieżowym określeniem high5 (Jolka, Ulka, Patryk, Benek, ja) balowała przy świetnej muzie kierowcy. Ze spania więc nic nie wyszło.
Czułam się jak sardynka w puszcze, kiedy weszliśmy do tego budynku, a już od progu napadła mnie jakaś panna z gazetami, wciskając mi jedną w dłoń, z jakże przekonującym argumentem, że musi się tego pozbyć. :) Wykład o pl/matmie/ang był tak fascynujący, że okazało się, że nauczyciele w mojej szkole potrafią powiedzieć mi więcej o tych maturach niż eksperci z 'okręgowej komisji edukacyjnej'.
Przekonana, że może tak porycie będzie na obowiązkowych, poszliśmy 'pozwiedzać'. Zebrałam tyle papierów, że bolało mnie ramię od torby <ok>. No ale przynajmniej kiedy ja szukałam choćby namiastki informacji, która pomogłaby mi ogarnąć przyszłość, Jolka i Patryk żebrali o krówki <ok>. Poszłam na wykład bio/geo. No byłoby ok, gdyby nie to, że dopiero po części biologicznej (pół h) okazało się, że nie musiałam na niej siedzieć i przyjść dopiero na samą geo. Wielkie dzięki za Karolinę, która siedziała obok mnie i będąc w takiej samej sytuacji (czyt. zero wiadomości o bio), cisnęła ze mną ze wszystkich biologów. No na geo siedziałyśmy cicho, mówiąc tylko do siebie 'o, to było ostatnio' jak wszyscy wywalali oczy na zadania, a dumne my znałyśmy odpowiedź. No czyli jednak to, że nauczyciel jest wredny wcale nie znaczy, że nie umie uczyć. Tak to sobie obczaiłam.
Na 'obiedzie' obgadaliśmy nasz przyszły biznesplan i spotkałam Jarka! '-jak w szkole? -nie wiem, nie chodzę' - osobiście pozdrawiam.
Droga powrotna była oczywiście równie fascynująca, co cała reszta. Chłopcy bili się tak, że chyba mam zbity bark (dziękuję), a ja prawie całą drogę słuchałam muzyki i prawie spałam. PRAWIE w tym przypadku to naprawdę kolosalna różnica, bo dzieliły mnie ułamki sekund od wylądowania na fejsie pt. 'śpiąca monika' + dzięki Benek. Poza tym poznaliśmy czaderską piosenkę (klik). Wróciłam do domu i stwierdziłam, że jest beznadziejna, ale za dwa dni będę ją przecież śpiewać dniami i nocami (przygotuj się Aśka).
Jakby na to nie patrzeć, lepsze to niż szkoła.

*Patryk próbujący włączyć klimatyzację w autobusie*
monika - zostaw to, jest mi zimno 
beniamin - a ty myślisz, że go to obchodzi 
patryk - no właśnie hahahaha
fak ju :*




niedziela, 1 września 2013

HOLIDAYS, SO BEAUTIFUL

Gdzieś na starych spotach zawsze robiłam bilansy po roku szkolnym albo wakacjach. Te pierwsze lubiłam znacznie bardziej, bo to oznaczało początek lipca, początek lata, początek wakacji i początek końca szkoły. No ale jak kiedyś ktoś mądrze powiedział, wszystko się musi kiedyś skończyć, a ja płaczę, bo właśnie kończą się wakacje. W zasadzie to się już skończyły, bo jest niedziela 1 września i jutro do szkoły. Tak się super składa, że w tym roku do szkoły dopiero 2, co daje chociaż jeden dzień więcej, ale i tak mnie to nie cieszy.
Niby - tak jak każdy mi powtarza - byle do kwietnia i wakacje znów! SUPER, MOJA EUFORIA NIE MIAŁABY ŻADNYCH GRANIC, GDYBY NIE TO, ŻE SZYBSZY KONIEC SZKOŁY JEST RÓWNOZNACZNY Z MATURĄ. No więc marne pocieszenie, nie? Poza tym osłabia mnie fakt niemieckiego (nie dość, że w dalszym ciągu nie zamówiłam sobie książki c; to moja, akurat moja grupa ma z maliną - dzięki tato za nazwisko na sz!). Pójdę tam jutro z uśmiechem tylko ze względu na te 27 głupich mordek, które też będą się uśmiechać na mój widok, bo co jak co, ale tęsknię za ciapami z 2c! Tam 2, już TRZECIEJ C! Nie wierzę :o
Wakacje? Pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć, że były tak niesamowicie super, że ojeja! Tylko jedna rzecz mi się nie zgadza, ale wrzesień ciepły, nauki 'mało' - nadrobię. 
Pierwsze dwa tygodnie były Kato czyli spam karniakami na fejsie, wycieczki rowerami 'na 20 minut', co skutkowało powrotami do domu 3 godziny po wyjeździe, w trakcie którego spotkanie żywego człowieka było czymś wręcz magicznym, spędzanie cudownego czasu na grillach z rodziną i niezapomnianym wypadzie w niedziele! Potem to już tylko wieczór mógł przebić wszystko, a ja do końca życia zapamiętam mój i Aśki koncert, z którego cisnęli chłopcy, i cudowne mecze siatkówki z elastyną, latającą bombą i szpagatami, jak to określił Mariusz. Byliśmy też mistrzami jeśli chodzi o odbieranie taty z pracy, bo pierwszy raz w życiu śpiewaliśmy i tańczyliśmy razem na ulicy przed jakimiś facetami, których nie zauważyliśmy, a mama mówiła, że się z nas śmiali. Poszłyśmy nawet na sesję z Mańkiem i Bartkiem (kompletne dno hahahaha). Nadrobiłyśmy potem z Sebkiem.
Ogólnie poza tym standardowo między mną a Aśką, co skutkowało albo nudą na fest poziomie, albo takim śmiechem, że płakałam nie wiem czy przez ból brzucha czy przez śmiech. I było wychodzenie z chłopakami, chociaż tak bardzo się nam nie chciało, że na ich pytania 'kiedy znów wyjdziemy', odkrzykiwałam tylko, że jak wytrzeźwieją, a Aśka padała ze śmiechu. Więcej takich imprez!
Był też Gdańsk, który okazał się jeszcze lepszy niż myślałyśmy. Mimo tylu niewypałów było najlepiej, Krzysiek okazał się mega bratem, a jazda pociągiem w przedziale z debilami sprawiała, że moja tęsknota za domem rosła wprost proporcjonalnie do długości drogi.
Nie obeszło się też bez tych dobrych imprez. Ognisko u Świdra było pro, na zgonie a co tam!, a sprzątanie pokoju Mateusza było całkiem zabawne, aczkolwiek zniszczył panujący tam ład już dzień później (za co go nienawidzę). U Jolki za to zgonów było więcej, no ale nie wnikajmy aż tak bardzo. Osiemnastka Janasa okazała się najgrubszym melanżem na jakim byłam i po raz kolejny potwierdziło się powiedzenie, którym zawsze jedzie mi Aśka - że jak się nie chce iść to będzie dobra impreza. Była aż za dobra ahhahaha.
Między tym jakieś pojedyncze jazdy - i dosłownie i w przenośni. Rozwaliłyśmy z Aśką system jeśli chodzi o wycieczki na rowerach, których było mega dużo i na których potrafiłyśmy w połowie drogi rzucić rowerami i położyć się na samym środku drogi, żeby odpocząć. To było coś, szczególnie jak wstałyśmy z drogi kilka sekund przed tym, jak minęli nas moi rodzice, którzy by nas za to chyba zabili. Nie zabrakło też pikników! No i na koniec zrobiłam sobie niespodziankę w postaci prawa jazdy :3 
Oczywiście wszystko jest udokumentowane.

Razem z Ulą zaczęłyśmy wakacje uśmiechem z oliwek, których nie lubimy.
Jeździliśmy na super wycieczki,

które wcale nie były takie super jak wszyscy myśleli.
Bawiliśmy się na spotkaniach rodzinnych

i graliśmy w siatkę płacząc ze śmiechu.

Poszliśmy na przypałową sesję, która okazała się mieć podobny poziom
co zdjęcia w sklepie z ekspedientką 'nie patrzę!'.

Nadrobiłyśmy to kilka dni później

z pomocą Sebastiana.
W przypływie nudy level tysiac robiłyśmy słit focie telefonami na spacerze,

albo w środku nocy z samowyzwalacza.

Przy niezłym szczęściu wyciągnęłyśmy Adriana na rowery i nad jezioro.
Bawiłyśmy się w Gdańsku w każdym możliwym miejscu,

a jak byłyśmy już zmęczone chodziłyśmy na ekstra kawę.
Melanżowałyśmy na ognisku Świdra,

potem Jolki
i oczywiście 18 Janasa!
Skończyłyśmy wakacje już raczej bez szczęścia w oczach, nie?


Nie wiedziałam, że w przeciągu dwóch miesięcy można tyle zrobić i nie wierzyłam, że wrócę do szkoły bez złamanej ręki albo poharatanych nóg. A jednak!
Jakoś nadal nie wierzę, że to już jutro. I może to już nawet nie chodzi o to, że mi mało wakacji, bo chyba zaczyna mi się już nudzić i pożałuję swoich słów pewnie już za tydzień, ale nie jestem (aż jakoś bardzobardzobardzo) załamana z faktu, że już wrzesień. Bardziej boli mnie to, że to już - trzecia klasa, mniej przedmiotów, ale ogrom nauki, studniówka, m a t u r a. Nie wierzę, że jutro pójdę tam jako maturzystka. Boże, jak to w ogóle brzmi, monika maturzystka. Trzy razy nie. Plan też mam głupi, jeśli chodzi o ustawienie lekcji (codziennie mam jakieś podwójne, co po prostu kocham), ale podoba mi się fakt wracania do domu po 5 albo 6 lekcjach :3 Nie chcąc wyjść na totalną egoistkę dodam, że z tego samego powodu jestem załamana, bo Aśka kończy czasem nawet po 8. Mimo braku totalnej załamki mogłabym poprosić o oddanie mi moich wakacji i ewentualnie pójść tam na jeden dzień.
Dobra, pieprzenie, i tak trzeba tam wrócić. Wrócić, uczyć się do tej matury i się do końca ogarnąć.

SIEMA SZKOŁO.
Może i tak troszkę tęskniłam.