niedziela, 1 września 2013

HOLIDAYS, SO BEAUTIFUL

Gdzieś na starych spotach zawsze robiłam bilansy po roku szkolnym albo wakacjach. Te pierwsze lubiłam znacznie bardziej, bo to oznaczało początek lipca, początek lata, początek wakacji i początek końca szkoły. No ale jak kiedyś ktoś mądrze powiedział, wszystko się musi kiedyś skończyć, a ja płaczę, bo właśnie kończą się wakacje. W zasadzie to się już skończyły, bo jest niedziela 1 września i jutro do szkoły. Tak się super składa, że w tym roku do szkoły dopiero 2, co daje chociaż jeden dzień więcej, ale i tak mnie to nie cieszy.
Niby - tak jak każdy mi powtarza - byle do kwietnia i wakacje znów! SUPER, MOJA EUFORIA NIE MIAŁABY ŻADNYCH GRANIC, GDYBY NIE TO, ŻE SZYBSZY KONIEC SZKOŁY JEST RÓWNOZNACZNY Z MATURĄ. No więc marne pocieszenie, nie? Poza tym osłabia mnie fakt niemieckiego (nie dość, że w dalszym ciągu nie zamówiłam sobie książki c; to moja, akurat moja grupa ma z maliną - dzięki tato za nazwisko na sz!). Pójdę tam jutro z uśmiechem tylko ze względu na te 27 głupich mordek, które też będą się uśmiechać na mój widok, bo co jak co, ale tęsknię za ciapami z 2c! Tam 2, już TRZECIEJ C! Nie wierzę :o
Wakacje? Pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć, że były tak niesamowicie super, że ojeja! Tylko jedna rzecz mi się nie zgadza, ale wrzesień ciepły, nauki 'mało' - nadrobię. 
Pierwsze dwa tygodnie były Kato czyli spam karniakami na fejsie, wycieczki rowerami 'na 20 minut', co skutkowało powrotami do domu 3 godziny po wyjeździe, w trakcie którego spotkanie żywego człowieka było czymś wręcz magicznym, spędzanie cudownego czasu na grillach z rodziną i niezapomnianym wypadzie w niedziele! Potem to już tylko wieczór mógł przebić wszystko, a ja do końca życia zapamiętam mój i Aśki koncert, z którego cisnęli chłopcy, i cudowne mecze siatkówki z elastyną, latającą bombą i szpagatami, jak to określił Mariusz. Byliśmy też mistrzami jeśli chodzi o odbieranie taty z pracy, bo pierwszy raz w życiu śpiewaliśmy i tańczyliśmy razem na ulicy przed jakimiś facetami, których nie zauważyliśmy, a mama mówiła, że się z nas śmiali. Poszłyśmy nawet na sesję z Mańkiem i Bartkiem (kompletne dno hahahaha). Nadrobiłyśmy potem z Sebkiem.
Ogólnie poza tym standardowo między mną a Aśką, co skutkowało albo nudą na fest poziomie, albo takim śmiechem, że płakałam nie wiem czy przez ból brzucha czy przez śmiech. I było wychodzenie z chłopakami, chociaż tak bardzo się nam nie chciało, że na ich pytania 'kiedy znów wyjdziemy', odkrzykiwałam tylko, że jak wytrzeźwieją, a Aśka padała ze śmiechu. Więcej takich imprez!
Był też Gdańsk, który okazał się jeszcze lepszy niż myślałyśmy. Mimo tylu niewypałów było najlepiej, Krzysiek okazał się mega bratem, a jazda pociągiem w przedziale z debilami sprawiała, że moja tęsknota za domem rosła wprost proporcjonalnie do długości drogi.
Nie obeszło się też bez tych dobrych imprez. Ognisko u Świdra było pro, na zgonie a co tam!, a sprzątanie pokoju Mateusza było całkiem zabawne, aczkolwiek zniszczył panujący tam ład już dzień później (za co go nienawidzę). U Jolki za to zgonów było więcej, no ale nie wnikajmy aż tak bardzo. Osiemnastka Janasa okazała się najgrubszym melanżem na jakim byłam i po raz kolejny potwierdziło się powiedzenie, którym zawsze jedzie mi Aśka - że jak się nie chce iść to będzie dobra impreza. Była aż za dobra ahhahaha.
Między tym jakieś pojedyncze jazdy - i dosłownie i w przenośni. Rozwaliłyśmy z Aśką system jeśli chodzi o wycieczki na rowerach, których było mega dużo i na których potrafiłyśmy w połowie drogi rzucić rowerami i położyć się na samym środku drogi, żeby odpocząć. To było coś, szczególnie jak wstałyśmy z drogi kilka sekund przed tym, jak minęli nas moi rodzice, którzy by nas za to chyba zabili. Nie zabrakło też pikników! No i na koniec zrobiłam sobie niespodziankę w postaci prawa jazdy :3 
Oczywiście wszystko jest udokumentowane.

Razem z Ulą zaczęłyśmy wakacje uśmiechem z oliwek, których nie lubimy.
Jeździliśmy na super wycieczki,

które wcale nie były takie super jak wszyscy myśleli.
Bawiliśmy się na spotkaniach rodzinnych

i graliśmy w siatkę płacząc ze śmiechu.

Poszliśmy na przypałową sesję, która okazała się mieć podobny poziom
co zdjęcia w sklepie z ekspedientką 'nie patrzę!'.

Nadrobiłyśmy to kilka dni później

z pomocą Sebastiana.
W przypływie nudy level tysiac robiłyśmy słit focie telefonami na spacerze,

albo w środku nocy z samowyzwalacza.

Przy niezłym szczęściu wyciągnęłyśmy Adriana na rowery i nad jezioro.
Bawiłyśmy się w Gdańsku w każdym możliwym miejscu,

a jak byłyśmy już zmęczone chodziłyśmy na ekstra kawę.
Melanżowałyśmy na ognisku Świdra,

potem Jolki
i oczywiście 18 Janasa!
Skończyłyśmy wakacje już raczej bez szczęścia w oczach, nie?


Nie wiedziałam, że w przeciągu dwóch miesięcy można tyle zrobić i nie wierzyłam, że wrócę do szkoły bez złamanej ręki albo poharatanych nóg. A jednak!
Jakoś nadal nie wierzę, że to już jutro. I może to już nawet nie chodzi o to, że mi mało wakacji, bo chyba zaczyna mi się już nudzić i pożałuję swoich słów pewnie już za tydzień, ale nie jestem (aż jakoś bardzobardzobardzo) załamana z faktu, że już wrzesień. Bardziej boli mnie to, że to już - trzecia klasa, mniej przedmiotów, ale ogrom nauki, studniówka, m a t u r a. Nie wierzę, że jutro pójdę tam jako maturzystka. Boże, jak to w ogóle brzmi, monika maturzystka. Trzy razy nie. Plan też mam głupi, jeśli chodzi o ustawienie lekcji (codziennie mam jakieś podwójne, co po prostu kocham), ale podoba mi się fakt wracania do domu po 5 albo 6 lekcjach :3 Nie chcąc wyjść na totalną egoistkę dodam, że z tego samego powodu jestem załamana, bo Aśka kończy czasem nawet po 8. Mimo braku totalnej załamki mogłabym poprosić o oddanie mi moich wakacji i ewentualnie pójść tam na jeden dzień.
Dobra, pieprzenie, i tak trzeba tam wrócić. Wrócić, uczyć się do tej matury i się do końca ogarnąć.

SIEMA SZKOŁO.
Może i tak troszkę tęskniłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz