poniedziałek, 19 sierpnia 2013

oczyma studenta - CZEŚĆ GDAŃSK

Siema wam po tygodniu jakże wakacyjnego wypoczynku w Gdańsku. 




Chyba warto dodać, że 'wakacyjny' jest w tym przypadku synonimem słowa 'studencki', a studencji wypoczynek wcale nie jest taki zły. No oczywiście jeśli przymknie się oko na niektóre niedogodności. Zatkał się zlew (ale trzeba poczekać to się odetka), zero telewizora i internetu (ale są krzyżówki, więc będziemy rozwiązywać na czas i kto przegra to zmywa - w łazience zmywa no bo zlew przecież zatkany), trzy torby śmieci przy szafce w kuchni, ale nikt ich nie wyniesie, bo po co. Ogólnie w domu działał tylko wiatrak, którym Krzysiek potrafił chwalić się nawet w środku nocy, kiedy to wbijał nam do pokoju i go włączał chociaż wcale nie było gorąco.
Cudownym aspektem życia studenta okazało się też jedzenie! Ogólnie rzecz biorąc ciągle na stanie były tosty (dzięki kolego Krzyśka za ten zbawczy toster) i płatki z mlekiem. Sądzę, że miłą odmianą były dla Krzyśka zupki chińskie, makaron z mlekiem albo sosem, co sprytnie nazwałyśmy spagetti, pizza i pulpety (jprld, nigdy więcej, ale lepsze to niż tosty - ZNÓW). Przy okazji dowiedziałam się, że wydanie 14 zł na patelnie to bardzo dużo, bo tak to lajtowo, a jak kupisz patelnie to już trzeba kupić olej, jakieś jajka, coś żeby usmażyć i takie tam (Krzysiek mistrz na ten temat może opowiadać bardzo długo i treściwie). No i oczywiście umarłybyśmy z głodu gdyby nie mac.
TAK! Po pierwszym dniu same w gąszczu autobusów i tramwajów potrafiłyśmy trafić do maca na hamburgera, cole i (czasami) mcflurra. Kwestia tych autobusów i tramwajów też jest niezła - za 3 zł jeździsz ile wlezie czym sobie chcesz 24h. Wada jest taka, że strasznie szybko się to nudzi, kiedy do centrum miasta jedzie się jakieś 20 minut, a jeździ się tam średnio ze 3 razy dziennie. Aśce przeszła choroba lokomocyjna, ja znienawidziłam wszystko co ma koła.

Z tym wiąże się też inna historia, do której przeżycia zmusili nas rodzice. Aśki tata, który chciał zdjęcia starówki i mój, który kazał nam znaleźć neptuna. Niby wszystko ok, gdyby nie to, że będąc tam pierwszy raz - zgubiłyśmy się między tymi uliczkami. Godzina bezsensownego chodzenia, aż w końcu znalazłyśmy jakąś mapkę, a ja stwierdziłam, że fakultet z geo do czegoś zobowiązuje i jakimś cudem nas stamtąd wyprowadziłam. Wracając do domu wbiłyśmy na pętle (łostowice świętokrzyska rządzi!) i wsiadłyśmy do autobusu, którym wróciłyśmy na starówkę. Przypadkiem oczywiście. Miałyśmy obie ochotę płakać, za to Krzysiek nieźle się bawił, kiedy przez telefon tłumaczył nam jak wrócić serio do domu. Kolejne pół godziny jazdy na pętle i stamtąd - po raz kolejny tego dnia jakimś cudem - do domu. Zdjęć nie było, neptun nie został odnaleziony. To znaczyło, że musimy tam wrócić. Niechętnie, ale po raz kolejny odwiedziłyśmy starówkę. Tym razem robiąc zdjęcia wszystkim budynkom ze starej cegły, zapamiętując drogę i odnajdując neptuna! Cel osiągnięty. Przy tym jeszcze oglądałyśmy jak hardcorowi ludzie skaczą na bungie, tysiąc razy przestraszyłyśmy się kolejno - kozła, faceta z krzyku, faceta który najpierw był posągiem a potem zaczął się ruszać i 'markiza', który był tak miły że zrobił nam zdjęcie, a ja do dziś się go boję, bo chociaż był całkiem przystojny to przy tym przerażający i miał dziwny akcent.



ozdoby lodówki pierwsza klasa!
Ogólnie Krzysiek okazał się świetnym bratem, aczkolwiek wkurzającym ile wlezie. Zaczynając od dzwonienia co 5 minut (macie bilety?, nie zgubiłyście się?, gdzie jesteście?, wiecie gdzie wysiąść?, sprawdzić wam coś?) przez śpiewanie w domu na pół bloku i pieprzenie głupot aż do zamykania się wzajemnie na balkonie i krzyczenie z okna "YOU WILL NEVER GET OUT OF THIS PLACE'. Przy tym jadł tonami neoangin, bo bolało go gardło i dziwił się, że czuje się jak na fazie. Aczkolwiek czasem to było naprawde zabawne, jak po raz tysięczny tłumaczył nam, że zmyje naczynia, ale muszą do jutra leżeć w zlewie żeby odmokły, albo że nie opracował strategii na granie w kamieńpapiernożyce, albo jak na każde 'co' odpowiadał gówno (tutaj akurat z wzajemnością) albo jak czymś normalnym stały się nasze określenia względem siebie. Tutaj zaznaczę, że jego dałniaki nie były takie złe w porównaniu do tego jak cudnie mówiłyśmy na niego my. Ogólnie z tego miejsca, mimo wszystko i po raz kolejny - SYSIEK WIELKIE DZIĘKI ZA TEN TYDZIEŃ!






Pogoda wcale nie była taka jak sobie zaklepałyśmy, ale nie było aż tak źle, żeby nie iść na plażę i się nie kąpać. Woda zimna, no ale musiałyśmy. Poza tym całkiem ok chłopcy, heheheheheheh. Zresztą tam wszędzie są ok chłopcy, więc jak kiedyś będziecie chciały (albo chcieli) przekonać się, że dobrze ubrane ciacha z bmx'em albo deską nie istnieją tylko na zdjęciach na loveit.pl to zapraszam do Gdańska. Dobrym przykładem na to, że jest ich całkiem sporo jest to, że budzimy się w środku nocy i przez okno oglądamy jak na ulicy jeżdżą na deskach <serduszka>. Naprawdę, oh god, jest ich tam na pęczki. W S Z Ę D Z I E.
Więc sumując - pro było w Gdańsku, nawet żyjąc jak prawdziwy student, a co!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz